Komunikacja wyprowadzona z równowagi

Przez internet przeszedł niedawno lekki szkwał (bo wielką burzą ciężko to nazwać) odnośnie propozycji zmiany zasad obowiązujących na przejazdach rowerowych. Wszystko szybko ucichło, ponieważ autorce udało się z niefortunnego pomysłu wycofać. W toku dyskusji zdążyła jednak powołać się na „rozwiązania holenderskie”. Nie chcę się zagłębiać w sam pomysł ani argumentację – można o całej sprawie poczytać np. blogu chodz_na_rower, ale ponieważ mam właśnie okazję spędzić w Holandii kilka tygodni, pozwolę sobie krótko wspomnieć, jak to rzeczywiście tu wygląda.

Co prawda listopad nie zachwyca pogodą, ale i tak czasem warto wybrać się na spacer. Problem jednak w tym, że nawet krótka przechadzka po holenderskim mieście, Rotterdamie czy Amsterdamie, może się zmienić w koszmar. Nie w kontekście samochodów – w obszarze zabudowanym pieszy ma absolutne pierwszeństwo przed samochodem. Można wtarabanić się komuś pod zderzak, a i tak się zatrzyma. Bo jeśli tego nie zrobi, jest sprawcą zdarzenia od samego początku.

Skąd zatem wizja koszmaru? Otóż całą uwagę zaoszczędzoną na samochodach trzeba oddać z nawiązką, żeby nie dać się rozjechać rowerzystom. Ścieżkami rowerowymi – z krawężnikami, więc drogi pieszy, jeśli przez nieuwagę na nią zboczysz, najpewniej wylądujesz na twarzy – poruszają się chmary rowerów (a także motorowerów i skuterów), które swoje rzeczywiste i wymuszane pierwszeństwo egzekwują bez litości. Mają na przejazdach osobne światła, odseparowane od tych dla pieszych, nierzadko również z żółtym światłem pośrodku. Ale te sygnalizatory są jedynie pewną nieśmiałą sugestią, bo np. Amsterdam pełen jest rowerzystów przejeżdżających na czerwonym świetle jakby nigdy nic i to prosto pod koła samochodów, które – a jakże – zatrzymują się i nawet nie zatrąbią.

Niektórzy bardzo chcieliby widzieć kierowców samochodów jako tyranów polskich miast. Nie podzielam tego zdania, ale jestem przekonany, że takimi tyranami w Amsterdamie i Rotterdamie są rowerzyści. W dodatku nagle pojawia się jeszcze trzecia strona, bo oprócz kierowców, tyranizowani są również piesi.

Rozwiązania są dwa – dołączyć do tyranii lub korzystać z komunikacji miejskiej. Ta, przynajmniej w Rotterdamie, jest doskonale rozwinięta w porównaniu z polskimi standardami. Zostaję tu zbyt krótko, żeby był sens zaopatrywać się w rower, zatem przeważnie korzystam z metra lub tramwajów. Ale o tym następnym razem, bo sądzę, że należy im się osobny wpis.

Tak więc wygląda „wzorzec holenderski”. Rowerowi aktywiści lubują się w rzucaniu na prawo i lewo hasła „zrównoważona komunikacja”. Warto wiedzieć, że jeśli chcieliby tę zrównoważoną komunikację łączyć z holenderską praktyką, to z równowagą nie będzie ona miała nic wspólnego. Jeżeli mielibyśmy importować jakieś rozwiązania z Holandii, to co najwyżej gęstość sieci i sposób wykonania ścieżek rowerowych, ale na pewno nie tutejsze zwyczaje.

Jedna myśl nt. „Komunikacja wyprowadzona z równowagi