Poszerzanie horyzontów

Wreszcie, po dziesięciu latach Sting wydał nową płytę (nie, nie liczę smacznego, ale odgrzewanego kotleta w postaci składanki przebojów). Przed nami podróż na The Last Ship. Być może ostatnia szansa, na poszerzenie horyzontów.

The Last Ship jest podstawą brodwayowskiego musicalu, którego premiera już niedługo. Na szczęście nie trzeba wybierać się do Stanów, żeby posłuchać ścieżki dźwiękowej. To opowieść o upadającej stoczni i jej załodze, która postanawia zbudować ostatni statek i odpłynąć nim w dal. Tego możemy się dowiedzieć, nie słuchając nawet płyty. Czego byśmy się w ten sposób nie dowiedzieli, to to, że nie ma tam skoków przez płot, a jakiekolwiek nieporozumienia wyjaśnia się pięścią, a nie trzymaniem na siebie haków w dokumentach. Patrząc na polskie okołostoczniowe sytuacje trudno uwierzyć, jak romantyczna może być taka opowieść. Oczywiście to fikcja literacka, gdzie o romantyzm łatwiej.

Choć wszystko, co jest powiedziane na podstawowej wersji płyty (12 utworów) ma balladowy charakter, to mamy tu różne balladowe odcienie. Leniwe, ale i takie, które przeplatane są mocniejszym uderzeniem. Szanty i blues. Historie wzniosłe i przyziemne, o ludziach, których przychodzą, odchodzą, wracają. Wyobrażam sobie, że jako musical zrobi to jeszcze całkiem inne – niekoniecznie lepsze czy gorsze, ale zwyczajnie inne – wrażenie.

Jest też wersja rozszerzona. Pięciu dodatkowych utworów jeszcze nie słuchałem.

Marcin Kydryński, podczas niedzielnej Siesty przed dwoma tygodniami, gdzie premierowo w Polsce puszczał utwory z tej płyty, jedną z nich nazwał „mistrzostwem piosenkopisarstwa”. Można przypuszczać, że będąc absolutnym Stingofanem nie będzie obiektywny – tu jednak oszacowanie jest dość precyzyjne. „The Night The Pugilist Learned How To Dance” w pełni na to miano zasługuje. Wyśpiewana historyjka młodego pięściarza ma w sobie siłę pozytywnego i zabawnego przekazu. Znacie ten przyjemny posmak po obejrzeniu lub przeczytaniu prostej ale miłej historii? Prosty optymizm pękający jak bańka mydlana? To właśnie to.

Bańka pryska tym szybciej, że następna w kolejce jest nieco naciągnięta, ale z grubsza oparta na niezbyt radosnych faktach historia o statku Great Eastern, dziele wielkiego brytyjskiego inżyniera Isambarda Brunela. Lekcja historii, jakich chce się słuchać.

Od jakiegoś czasu słuchacze byli kuszeni utworem „Practical Arrangement”. Pięknie wykonana, lecz dziwna to i cierpka ballada o praktycznym podejściu do miłości. Zostawia za sobą całe spektrum odczuć, od nadziei przez niepewność i wątpliwości po jakąś odległą panikę. Teraz, gdy znamy całą płytę, wiadomo już, że to tylko pierwsza część dylogii. Część druga – „I Love Her But She Loves Someone Else” – chwilę później rozprawia się z tym, co pozostało. Rozprawia się bez litości – zarówno dla bohatera, jak i słuchacza.

Przed zakończeniem podstawowej wersji mamy jeszcze „So To Speak”, gdzie metafora goni metaforę, a towarzyszący Stingowi żeński wokal jest nieziemski. Nie powiem więcej, posłuchajcie.

Znacie zjawisko określane jako earworm? Fragment piosenki, który utkwił w głowie, zwykle wbrew woli „ofiary”, która teraz co chwilę w myślach lub po cichu nuci. Zwykle traktowane jako natrętne i niechciane, ponieważ zazwyczaj to całkiem przypadkowe fragmenty, nierzadko marne. W tym przypadku wystawiam się na te earworms z przyjemnością, a każdy fragment jest dobry. Zwykle tak po sześć fragmentów na raz.

Z tego co wiem, Spotify oferuje teraz w modelu darmowym 10 godzin muzyki miesięcznie. Świetna okazja, żeby przesłuchać tę płytę około 10 razy. Ja słucham jej w kółko, ale chyba niedługo wybiorę się po wersję płytową, żeby zasiliła moją Półkę Mistrzów.

Słucham w kółko, i boję się momentu, w którym mi zobojętnieje. Póki co jednak się na to nie zanosi, rozbieram ją z kolejnych warstw, a pod spodem nadal cała masa ukrytych znaczeń i detali. Całe to doświadczenie ciągle poszerza horyzonty – na zewnątrz i do wewnątrz, że tak powiem.

Proponuję zatem zasiąść przy tej muzyce ze szklanką czegoś, co poszerzaniu horyzontów sprzyja. Skoro jesteśmy w okołomorskich tematach, najwłaściwszy wydawałby się rum, ale jeśli ktoś nie może, albo – jak ja – nie preferuje, niech chwyci co mu tam najbardziej pasuje. I wypłynie na szerokie wody aż po horyzont.

The Last Ship sails!

Możliwość komentowania jest wyłączona.